ironia

Otwarte granice

niepiśmienni
Wydawnictwo informuje z żalem,
że zestaw liter przeznaczonych
do ułożenia hasła o emigracji
wyjechał poza granice kraju –
w związku z czym hasło nie zostanie ułożone.
W jego miejsce już wkrótce pojawi się
hasło o imigracji
ułożone z zagranicznych liter,
które postanowiły osiąść w naszym kraju.

45 puknięć w głowę,Grzegorz Kasdepke

Nie do pobicia

imaginacja
Rousseau nie poczuł ani uderzenia, ani upadku,
gdy wieczorem na spacerze staranował go wielki dog.
Dopiero przed północą  ocknął się z rozciętą wargą,
zębami wbitymi w górną szczękę, uszkodzonym kciukiem i
wywichniętym kolanem. Swój powrót do przytomności tamtego
wieczoru zawarł w Przechadzkach samotnego marzyciela:
Rodziłem się w tej chwili do życia i zdawało mi się,
że wypełniam swym nieuchwytnym istnieniem wszystkie
postrzegalne przedmioty. Nie miałem najmniejszego wyobrażenia
o tym co mi się zdarzyło, nie wiedziałem, kim jestem, ani gdzie
jestem; nie czułem ani bólu, ani strachu, ani niepokoju.
Patrzyłem na płynącą krew, jakbym patrzył na płynący strumyk.
Czułem spokój tak zachwycający, że ilekroć go sobie przypomnę,
nie znajduję wśród wszystkich zaznanych w życiu przyjemności nic,
co bym mógł z tym porównać.

 

Z poetycką świadomością

image instant
Najlepszym czasem na pisanie jest dla mnie
późne popołudnie, a z dni tygodnia
przede wszystkim środa.
Zachowuję się wtedy tak:
zabieram sobie do gabinetu świeżo
zaparzoną herbatę i zamykam drzwi.
Zdejmuję ubranie i odkładam ułożone
równo w kostkę, jak gdybym zaskoczony przez
śmierć chciał zostawić tylko białą koszulkę,
parę majtek i zimny czajniczek.
Następnie uwalniam się od ciała,
wieszam je na krześle. Zsuwam je z kości jak
jedwabny pokrowiec. Tym sposobem, pisząc będzie czyste,
opłukane z całej cielesności, niezatrute żadną cielesną troską.
Na koniec usuwam wszystkie moje organy,
układam je na stoliku pod oknem.
Nie chcę więcej słuchać ich wiecznych rytmów,
kiedy próbuję wydobyć moje własne uderzenia bębna.
Teraz zasiadam przy stoliku gotowy rozpocząć.
Całkiem czysty: nic innego jak szkielet przy maszynie do pisania.

Purity,Billy Collins

Oto obraz

Gombrowicz1
Dostojna budowla tysiącletniej cywilizacji runęła,
cicho i pusto, a na gruzach – rój szarych i drobnych
istot ludzkich, które nie mogą jeszcze otrząsnąć się ze zdumienia.
Albowiem runął ich kościół, te ołtarze, te malowidła, witraże,
posągi przed którymi oni klękali, to sklepienie, które ich chroniło,
a oni w całej nagości swojej obnażeni!
Gdzie się schronić? Co wielbić? Do kogo się modlić?
Kogo się lękać? W czym umieścić źródło natchnienia i siły?
Czyż byłoby dziwne gdyby oni w sobie ujrzeli jedyną siłę stwarzającą
i jedyne dostępne Bóstwo? To jest droga, która prowadzi do uwielbienia
wytworów ludzkich do odkrycia człowieka, jako decydującej i nagiej potęgi.

Dzienniki/czwartek/1953/Witold Gombrowicz