poranki

Psalmuję

arena
Nic mnie tak nie nastraja
Do śpiewania przed wschodem
Gdy pies skomle i muszę
Przed nim iść niechętnie przodem
Niby to nie czas na psałterze z Kochanowskim i Gomółką
W to bardzo wierzę!
Lecz Psalm 47 tak się we mnie zadał
Że idę, kroczę, biegnę i śpiewam
Jakbym z Panem gadał
Ani pies, ani wielkie topole
Nie tłumaczą rytmu codzienności
Gdy bez uświęcenia, o co bardzo zadbałem
Gromadzą się we mnie łacińskie rozmaitości!

Reklamy

W.S.

nad ranem
The hour between night and day.
The hour between toss and turn.
The hour of thirty-year-olds.

The hour swept clean for rooster’s crowing.
The hour when the earth takes back its warm embrace.
The hour of cool drafts from extinguished stars.
The hour of do-we-vanish-too-without-a-trace.

Empty hour.
Hollow. Vain.
Rock bottom of all the other hours.

No one feels fine at four a.m.
If ants feel fine at four a.m.,
we’re happy for the ants.
And let five a.m. come
if we’ve got to go on living.