odrodzenie

Psalmuję

arena
Nic mnie tak nie nastraja
Do śpiewania przed wschodem
Gdy pies skomle i muszę
Przed nim iść niechętnie przodem
Niby to nie czas na psałterze z Kochanowskim i Gomółką
W to bardzo wierzę!
Lecz Psalm 47 tak się we mnie zadał
Że idę, kroczę, biegnę i śpiewam
Jakbym z Panem gadał
Ani pies, ani wielkie topole
Nie tłumaczą rytmu codzienności
Gdy bez uświęcenia, o co bardzo zadbałem
Gromadzą się we mnie łacińskie rozmaitości!

Żyzna gleba

liście
Wasz naród, to zbiór antyków.
Kiedyś za ostatni egzemplarz,
jaki pozostanie na bożym świecie,
muzea będą płaciły tysiące.
Nie!
Pozbawiono nas powietrza,
ale to uchroniło nas przed gniciem.
Nasze serca posypano solą nienawiści,
ale to utrzymuje je w stanie świeżości.
Spycha się nas do zimnej piwnicy,
ale dzięki temu nie zamarzliśmy.
Kiedy nadejdzie wiosna, jeszcze zobaczymy,
kto pierwszy się zazieleni.

Koziołek za dwa grosze,Grigorij Kanowicz

Bliskość

chrząszcz
Przyleciały pierwsze chrząszcze.
Czuję sympatię do tych owadów.
„Kochaj bliźniego jak siebie samego”.
A jeśli prawdziwa miłość to znaczy kochać coś,
co jest od nas diametralnie różne?
Nie ssaki ani ptaki, które są jeszcze zbyt
bliskie człowieka, ale owady czy pierwotniaki?
Człowiek ma kochać człowieka. U siebie na polanie
próbuję kochać inne stworzenia tym mocniej,
im dalej są ode mnie oddalone biologicznie.
Kochać to znaczy przyznawać wartość temu,
czego nigdy nie będziemy mogli poznać,
a nie wielbić swoje własne odbicie w twarzy bliźniego.

W syberyjskich lasach,Sylvain Tesson

Nazywam się …

monster
Dobry wieczór, nazywam się Mickiewicz, jestem
Białorusinem. pierwszy w Polsce pisałem jak O’Hara
potem wszystko mi się poprzestawiało, do żony
zacząłem się zwracać per mebel. przez chwilę
myślałem o staniu się jednym
z tłumem prymitywów zadeptujących Place de la Concorde
adidasami „Podhale”. moja pycha zdradziła mnie i wyśmiała.
przez chwilę myślałem o staniu się jednym
z kosmicznym tonem Wszechświata, duchowym czynem,
świętością urzeczywistnioną. zostałem mistycznym kapralem
nawiedzonych paranoików zarywających
noce nad plastikowymi flaszkami wina za sześć franków
przed wyjściem do roboty na szóstą na czarno na budowie
Właściwie przestałem pisać, czasami opowiadam klechdy
o Polsce, wzruszam publiczność, biorę za to pieniądze
właściwie przestałem pisać. coś wisi w powietrzu,
jakieś oczekiwanie, kiedy przymknę powieki
widzę przez drgające w upale powietrze czerwoną
spękaną skorupę ziemi, pokryte kurzem woły
ciągną wóz o wielkich drewnianych kołach,
przebiegam chłodne ścieżki Manali z ładunkiem
haszyszu na plecach, dżip przeciążony bronią z przemytu
mozolnie wspina się na porośniętą parującą dżunglą górę
odprowadzany obojętnym spojrzeniem Malgaszów,
tych czarno-skórych Chińczyków.
W nocy budzi mnie bicie bębnów i jazgot tureckich piszczałek
w ciszy wpatruję się w sufit, jakbym miał dokądś jechać,
jakbym miał złapać hiva i umrzeć, jakbym dawniej latał cały
teraz tylko jako sadza.

Miłosz Biedrzycki