Stanisław Barańczak

Zgro(ZA)madzenie

osiłek.jpg
Jeżeli porcelana, to wyłącznie taka,
której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu;
jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
nie było przykro podnieść się i odejść;
jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć,
kiedy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
na inną ulicę, kontynent, etap dziejowy lub świat:
kto ci powiedział, że wolno ci się przyzwyczajać?
kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie czuł się jak u siebie w domu?

Stanisław Barańczak

Reklamy

Powiedz szybo proszę, kto…

atramentowa
Rzeczy nam kłamią: przecież szyby przejrzysta gładź
umie najchytrzej na świecie/maskować się i łgać.
Z pozoru jest czymś, co dzieli: na ulicę i wnętrze,
na skwar zakurzonych zmęczeń/i rzekę chłodnej pościeli,
na świat drzew i świat mebli, na otwarty na przestrzał
wiatr i na martwy sześcian/powietrza wbitego w cegły,
na parkiety i bruki, na ogrzewanie i mrozy,
na chmury i na sufit: ale to tylko pozór.

Naprawdę szyba nie jest podziałem, ale sama
z własnego wnętrza zieje wąską, głęboką jamą.
Mało kto z nas to dostrzegł: dlatego tylko szyba
jest cienka jak noża ostrze,że z obu jej stron przywarł
nierozerwalnym parciem dwu magdeburskich półkul
świat, w niesłyszalnym huku zgniatający uparcie,
barwy, czasy, przestrzenie, zwierzęta, ptaki, ryby,
pod ogromnym ciśnieniem aż do grubości szyby.

Ten świat skondensowany, gdy spojrzeć na szkła krawędź,
zielonością jaskrawą lśni jak toń oceanu:
i tylko stąd wiadomo, że wewnątrz coś się dzieje,
że wewnątrz szyby toną zmiażdżone epopeje,
bo szklany świat, zgniatany do utraty kolorów
przez świat, który my znamy – zrezygnował z oporu.
Zbyt wielkie tu zagęszczenie, by mógł dać znać, że żyje;
czasami tylko drżenie szybę znienacka przeszyje,
gdy na ulicy wystrzał tryśnie fontanną huku
ponad domy najwyższe, a po zmartwiałym bruku czołgów zadudni horda;

lecz wtedy gospodyni okleja szybę,
przezorna, paskami papierowymi.

Stanisław Barańczak

Fatalny obyczaj

pogrzeb
„Przepraszam, nie dosłyszałam nazwiska? …Banaczek? …
Czy to czeskie nazwisko? A, polskie! To znaczy,
pan z Polski? jakże miło. Państwo przyjechali
całą rodziną? dawno?”, „No nie, wybacz, Sally,
zamęczasz pytaniami, a trzeba, po pierwsze,
zaprowadzić do stołu – proszę, tu krakersy,
potato chips, sałatka – pan sobie naleje
sam, prawda? Witaj Henry –”, „I co też się dzieje
ostatnio w Polsce? Co porabia Wa…, no, ten z wąsami,
zna go pan osobiście? Nie? Widzę czasami
w dzienniku demonstracje – choć czy można wierzyć
tej naszej telewizji, koszmar, prawda? jeży
się włos od wszystkich tych reklam – cenzury –
Europejczycy słusznie twierdzą, że kultury
nam brakuje-”, „Cześć, jestem Sam. Mówi mi Billy,
że pan z Polski – znam Polskę, widziałem dwa filmy
z Papieżem – ten wasz Papież nic nie wie o świecie,
straszny konserwatysta -”, „A jak pańskie dzieci?
Mówią już po angielsku? Czy chodzą do dobrej
szkoły?”, „Te szkoły publiczne to problem
numer jeden, niestety –”, „Nie zgadzam się, Sammy,
szkoły są lepsze, jeśli rodzice, my sami,
dbamy o to -”, „Tak, ale budżet federalny –”,
„Hej, wy tam, skończcie wreszcie, co to za fatalny
obyczaj – dyskutować przy winie, zakąsce
na poważne tematy -”, „Więc? co słychać w Polsce?”

Stanisław Barańczak